Mało kto dziś pamięta, że Pyskowice miało bardzo kosztownego pracownika miejskiego. Mieszczanie mieli się czego bać, bo kary za brak szacunku do prawa były bolesne.



Dzisiaj może to dziwi, ale kiedyś posiadanie kata było dumą dla miasta. Nie każde mogło pozwolić sobie na taki luksus. Ale Pyskowice ceniły sobie porządek i przestrzeganie prawa, dlatego utrzymywały własnego„mistrza poprawczego”. Był on właściwie funkcjonariuszem, dostawał pobory z kasy miejskiej. Można go było także wypożyczając za słoną opłatą. Historycy twierdzą, że w XVII i XVIII wieku kata na Górnym Śląsku miały tylko Pyskowice, Racibórz i Bytom.

Ale chyba kat pyskowicki nie miał za wiele roboty, bo zdarzało się, że podbierał klientów katowi bytomskiemu. W Archiwum Państwowym w Katowicach zachowało się pismo mistrza Jerzego Borka z Bytomia z 1680 roku, który skarży się na to hrabiemu Henckel von Donnersmarckowi. Kat donosi, ze Wacław Ohm Januszewski, panna części Tarnowic Starych, skazał na śmierć dwóch swoich poddanych. I chociaż rejon podlega katowi bytomskiemu, skazańcy trafili do Pyskowic. Dlaczego, gdzie tu prawo? Kat z Pyskowic powinien skazańców odesłać, a tego nie zrobił, tylko szybko wykonał, co do niego nie należało.


Ile na tym pyskowicki mistrz zarobił? Borek oblicza: za stracenie mężczyzny, w dodatku byle wieśniaka, kat bierze 10 talarów. Czyli konkurent zyskał raptem 20 talarów. Za wykonanie wyroku na kobiecie należy się i piec razy tyle. Kaci nie lubią zleceń z niewiastami, a są i tacy, którzy takiej roboty nigdy nie biorą. Były jednak czasy, gdy na katowskim podium stawały głównie kobiety - były to czarownice. Jak wieść niesie, Pyskowice też miały nieszczęsne heksy. W 1597 roku ławnicy z Pyskowic i Toszka posłali do kata niejaką Hoskę, która pod wpływem „ostrej sprawy” z mistrzem katowskim czyli tortur, przyznała się do czarów. Miała ponoć związać krowom ogony oraz zarżnąć kurę w dniu św. Tomasza, aby za jej pomocą zadawać uroki. Skazano ją na ścięcie. Dobrze, że nie na stos, a przecież w nieodległej Nysie w tym okresie masowo palono kobiety. Uśmiercono tutaj łącznie za czary ponad 200 osób. W jednym tylko roku na spalenie żywcem skazano 42 mieszkanki. W Pyskowicach, sto kilometrów dalej, do takich okrucieństw nie dochodziło.

Życie kata w mieście jest wtedy trudne. Niby potrzebny, a przeklęty. Miał osobną ławkę w kościele, siedział tam na uboczu, często na specjalnym krześle o trzech nogach.

Komunie dostawał, ale na samym końcu. Synowie katów dziedziczyli zawody po ojcach, a małżeństwa zawierano tylko wśród innych rodów katowskich. Kto inny by się chciał żenić z katowską córką? Kat nie chętnie wychodził na miasto. Chleb w piekarni odkładano mu na boku, przekręcając bochen wierzchem do góry, a podawano mu go w rękawiczkach. Sam kat nikogo nie mógł dotknąć gołymi rękami. Mieszkańcy na jego widok odwracali głowę i spluwali. Nazywano go co prawda mistrzem, lecz „małodobrym”. Miał swój udział pyskowicki kat w wydarzeniu z 1581 roku, kiedy to baron Jerzy von Redern z Toszka skazał na śmierć przez poćwiartowanie burmistrza Pyskowic Jana Czecha. Doszło przez to do buntu mieszczan, bo baron nakładał na mieszkańców wielkie ciężary, a burmistrz stawał w obronie łupionych. Von Redern bez sądu postanowił raz na zawsze pozbyć się problemu. Jego zemsta była okrutna.

Zachował się przejmujący list żony burmistrza do parlamentu śląskiego. Tak pisze o baronie: ”Wszystkim zaś wiadomo, że przetrzymywał go w więzieniu trzy czwarte roku, mnie go odebrawszy, a wreszcie skazał go na hańbiącą śmierć, na ćwiartowanie mianowicie, ćwiartki zaś nakazał dookoła miasta porozwieszać, a mnie zbolałą niewiastę oraz biedne moje dzieci pchnął w wielką nędzę i biedę. Niech się odwieczny Bóg zmiłuje nad nami, za to że Pan bez miłosierdzia i bez prawa nas biednych i ciemiężonych ludzi, którzy też jesteśmy stworzeniami Bożymi, w sposób tak tyrański dręczy i zabijać nakazuje. Regina Czechowa von Pyskowice.”

Egzekucje na burmistrzu kat wykonał nie na rynku, jak zwykle, ale gdzieś poza miastem, w okolicach Paczynki. Pamięć o tym wydarzeniu trwa do dzisiaj, mieszkańcy biorą udział w tzw. breweriach toszecko-pyskowickich. Odtwarzają wtedy bunt mieszczan i chwalą dobrego burmistrza. Nie wiadomo dokładnie kiedy Pyskowice zrezygnowały z usług własnego kata. Ale nikt za nim nie tęsknił. Może nawet miejscowi odetchnęli z ulgą? Lepiej go było nie spotkać na drodze. Miał przecież dyscyplinować ludność i wzbudzać strach poprzez samo „okazywanie narzędzi tortur.”